środa, 10 maja 2017

DZIEŃ Z ŻYCIA PSA, czyli konkurs u Whippet z pasją.

0


Dziś oddam głos tej łaciatej, wokół której tyle zamieszania. Dziś to ona opowie co i jak. Jest typem psa olewającego, ale kochającego, nieco wulgarnego, jak jej Pani. A zatem... zapraszam. 💚 
Ten post bierze udział w konkursie organizowanym przez blog whippetzpasja.blogspot.com, w którym sponsorami są: PupiLu, Aptus, Skład Karmy oraz SpeedMania.


🐾

Cieść.
Dzisiaj będzie po mojemu. Po psiemu. Od rana, do wieczora.
Oho. Wstali. Tam, na górze.
My na górę nie możemy, bo schody, bo coś tam. Ja na kanapę też nie mogę, więc śpię sobie w klatce. Albo w posłaniu. Albo nawet dwóch.
Groczysław podchodzi i mruczy, niby chce się przytulić, ale to jednak kot, więc żadnego miziania. Moje grube cielsko podnosi się z posłania, wyciąga się i mruczę. Może mi się uda pobić rekrod z wczoraj. Nie...znowu pół sekundy krócej. No nic to, pierwsze MMA z kotem stoczone, ludzie myślą, że to tak w zabawie.
Pierwszy schodzi karmiciel.
W zasadzie DOkarmiciel.
Zwany Panem Tatą, choć ja wolę swoje określenie.
Małtyna zawsze na niego krzyczy, bo Ona daje nam 'odpowiednią' dawkę jedzenia, a tata dosypuje tak, żeby było z czubkiem. Prawidłowo.
U góry toczą się zawsze bitwy o łazienkę. Że niby trzy dziewczyny, łazienka jedna, ale tak serio to kolejna jest przecież tu, na dole. Bez sensu. Z resztą... w łazience jest wanna. W wannie woda- całkiem spoko, ale jak już idzie do tego szampon... zabijcie mnie. A w tej na dole nie ma wanny, jest prysznic. W prysznicu mnie nigdy nie kąpią, więc wolę tą na dole, oczywiste, z resztą mogłyby już zejść, bo tak długo się z nimi nie widziałam, całą noc spałam.
DOkarmiciel otwiera drzwi, aaa! Super, przygoda, nowy dzień! A nie. Mamy wiosnę, rano jest zimno, kufer mi zmarznie. Grr. Jak zwykle dałam się nabrać,Groszek też. Inka za to nie wyszła, ona nigdy nie wychodzi. Czasami mam wrażenie, że ona robi ikupe do kuwety, siara, nawet Grochu tam nie robi. A właśnie. Sikupa. Jak już tu jestem to zrobię. Niech mają co sprzątać, niech sobie nie myślą totamto.
Czas na słodką zemstę. Salon. Duże okna z wyjściem na dwór. Hehe. Podchodzę. Liżę. Drapię. Hehe. Nie cierpią tego. Hehe. Schodzi Małtyna, schodzi. Szczeknę raz, drugi. MORDO TY MOJA.
Otwórz mi drzwi.
Zawsze jak idzie do drzwi to gwiżdże i macha ręką, to biegnę. Parkour, skaczę przez murek oddzielający taras z podwórkiem, miszcz agility.
JEZU, ONA TAM STOI. NAJPIĘKNIEJSZA MOJA, MORDECZKO KOCHANA, KARMICIELKO, TRESERKO, MAMUSIU JAK BARDZO CIE KOCHAM BOŻE ŚWIĘTY MATKO BOSKA. LOF JU. BUZIBUZIBUZIBUZIBUZI.
Głaszcze, tu gdzie lubię, za uchem, na szyi, ooooooo taaaaaaaaaaaaaak.Dobra, koniec tego dobrego, woła kota. Zawsze mam nadzieję, że jednak go nie zawoła i on nigdy nie wróci. Mógłby tylko czasami nas odwiedzać, żeby się ze mną pobawić.

Wyścig do kuchni biurowej, czyli naszej (bo są dwie- nasza, ta z miskami, i ludzi- ona jest ładniejsza, większa i więcej w niej dobrego jedzenia), Grochu wygrywa. Jak zwykle.
Po śniadaniu Małtyna wyrywa się jak szalona, codziennie mówiąc to samo, niezależnie od tego, czy idzie na 8, czy 10, 'O CHOLERA, SPÓŹNIONA JESTEM, PA TATO, PA MAMO, PAPA MOJE MORDECZKI KOCHANE PUCI PUCI'. Biegnie jak głupia, ale za parę godzin wróci, a dzisiaj piątek to wróci dokładnie za godzin 4,5. W tym czasie DOkarmiciel Pan Tata da nam dużo zakazanego żarcia, pobawimy się z Groszkiem w MMA vol 2, z Inką będzie walka o zakazane żarcie, obszczekamy wszystkich dookoła, Pani Mama (to ta co najwięcej krzyczy, że buty pogryzione itp.[bajdełej to było dwa lata temu a ona dalej pamięta]) zejdzie i wypije ten super pachnący napój, a DOkarmiciel weźmie nas na parę godzin do lasu i do garażu, więc standardowo mu zwieję i spotkam się z kumplami.




Jak mówiłam tak zrobiłam, nie było mnie 34 minuty, dałam się namówić na powrót szybciej niż wczoraj, coś słabo z rekordami u mnie ostatnio. ALE najważniejsze jest to, że za 15 minut Małty...OMG WRÓCIŁA WCZEŚNIEJ MAŁTYNKA KOCHANIE TY MOJE, KOCHAM CIE DOBRZE ŻE JEZTEŚ CAŁA I ZDROWA I TAK DALEJ!! O I JESZCZE CIOCIA KLAUDUNIA, KOCHANA MOJA PUCI PUCI MORDKO TY MOJA!

Obiad, znowu wyścig, Grochu jak zwykle wygryw, Inka jak zwykle je resztki po nas (a my odkurzacze, więc resztek nie ma heheheheh), Małtyna daje jej nową porcję i wygania nas do domu, pfy.

Idzie do domu, z ciociunią Klaudunią i tylko słyszę 'A APARAT BIERZESZ?' "BIERE!" 'A JAKĄ OBROŻĘ?'
"POMARAŃCZOWĄ"
'WCZORAJ MIAŁA! A INA SZELKI?'
"SZELKI, SZELKI! TO TĘCZOWĄ"
'BRUDNA!'
"TO ŁORSOŁ DOGA!"
'NOOK',
a ja się kręcę pod nogami, bo lubię jak na mnie wyzywają i przeklinają, hyhyhy.
Idziemy w końcu na spacer, raz z Groszkiem, raz bez Groszka.
Choć zapomniałam jeszcze wspomnieć, że w drodze na spacer idziemy też do domu Cioci Klaudzii, jakby nie mogła mieszkać z Nami. Zwolniłabym jej nawet miejsce w klatce.
Ona je wtedy obiad i idziemy na spacer. Zazwyczaj nad jezioro, bo i tak mieszkamy w lesie, więc uważają, że 'nie ma gdzie chodzić'. Kość prawda, bo za każdym razem są inne zapachy, jakby tego nie czuły.
OCZYWIŚCIE nie byłabym sobą, gdybym nie wbiegła dzikim pędem do jeziorka, a potem nie wytarzała się w piasku. I ta świeża, zielona trawka. Kocham ją jeść. Małtyna wyzywa mnie od krów, dzika jakaś.
Tu jakieś smaczuszki, tu siad, waruj, stój, tu jakieś noga, no ale jak dają jeść to co będę robić fochy, nie?
Czasami uda im się mnie wrobić w zabawę szarpakiem zamiast żarcia, co jest całkiem spoko, ale że niby tak na stałe? NIEEE
Czasami też zdarzy się, że na spacerze jest z Nami Mijka, która podobno ma coś z beagla i amstafa, i rzeczywiście, jest trochę podobna do mnie. Czasami jest też Ruda Pestka, która na początku zawsze wystawia zęby i przeklina, ale potem bawimy się przednio. Czasami to ja jadę do mojego ukochanego Bachmata i jego nowej siostry/kochanki- Lorny. Nie żebym coś do niej miała, po prostu BACHMAT JEST MÓJ. Raz nawet zrobiłam taką manianę na wystawie psów, bo zobaczyłam ogary polskie (tyle Bachmatów w jednym miejscu *-*), że wyproszono nas z hali. I tak później się okazało, że żaden z nich to nie mój ukochany, hihi
No ale wracając.
Małtyna woła, zapina na smycz, wracamy do domu.
Jest już wieczór, Pańcia idzie do cioci Klaudii, nie zabiera nas, ale wiem, że tęskni, bo kto by za nami nie tęsknił.
To jest ten czas, kiedy zmęczona psychicznie i fizycznie mogę rozmyślać o tym, jak lubię Groszka, Inkę, spacery, DOkarmiciela, Panią Mamę Krzyczącą (ale kochającą jak moja własna mamusia), Julkę (siostrę Małtyny), Mamcię Małtynkę, ciocię Klaudzie i cały świat.
Bo w sumie... fajni oni wszyscy są. I może trafiłabym gdzie indziej, gdzie mama nie utuczyłaby mnie do 17 kg, choć planowała do 15, albo Pani Mama nie krzyczała by 'ło matko ile tu sierści', ale nie byłoby tak cudownie.
I wiem, że czasami jestem nie do zniesienia, ale to cała ja i kochają mnie mimo wszystko. Czy to nie cudowne?
Nawet nie wiem kiedy mija te parę godzin, ale jest późno i Małtynka wraca do domu. Zmienia wodę po raz 15320587, bawi się z każdym z Nas z osobna, całuje wszystkich na dobranoc i idzie do góry. Krąży z pokoju do łazienki. Jutro będzie jeszcze ciekawiej, bo w soboty zawsze robimy tyle ciekawych rzeczy. Na przykład pojedziemy do stajni, gdzie będę mogła pojechać z nimi w las.

Uwielbiam to...ale jestem taka zmęczona...nie mam już siły opowiadać...idę spać.

KOOONIEC ❤


0 komentarze:

Prześlij komentarz